Gryficki Klub Rowerowy

44B BBT 2018

BBT1008 km  2018r..

W 2016 roku pierwszy raz dałem się namówić na udział w tym ultra maratonie , a tylko dlatego że była jedyna edycja z powrotem do Świnoujścia. Po tym wszystkim powiedziałem sobie dosyć. Ale w 2017 roku mój kolega z Klubu Piotr Siupka namówił mnie na edycję w 2018 roku , byśmy razem sobie pojechali. Przed opłaceniem wpisowego rozmawiałem z Orgiem i mówił że nie będzie problemu że pojedziemy razem. Przed publikacją grup już nie było co gadać –  ŻYCIE.
Piotr wystartował 1,5godziny za mną. Żeby jeszcze 5,10 czy 15 minut to bym poczekał i jechalibyśmy razem no ale czekanie na starcie 1,5 godziny było bez sensu . Wybraliśmy z Piotrem start w piątek wieczorem a więc na noc i chyba już po fakcie stwierdzam że nie był to dobry pomysł. W piątek o 13:30 razem z Piotrem i dwoma kolegami z klubu Masters zajechaliśmy na Gryficki Plac Zwycięstwa gdzie zastępca Burmistrza Waldek Wawrzyniak razem z Heniem Chmielem pożegnali nas życząc ukończenia Ultramaratonu. Zaraz po tym spakowaliśmy rowery do samochodu i pojechaliśmy do Świnoujścia. Razem z nami jedzie też mój zięć Łukasz ,który będzie wracał samochodem do Gryfic. Po przyjeździe do Świnoujścia jedziemy rowerami na prom i dalej odebrać pakiety startowe. Później ja jadę sam coś zjeść i jak Piotr jedzie w masie krytycznej obok wołam Go i on również zajada ryżowy posiłek. Później już promem na drugą stronę ubieranie się i pakowanie przepaków – jeden do Łowicza drugi do Starachowic i już prowadzimy rowery razem z trzema torbami bo jeszcze doszła torba na metę. Powoli zbliża się godzina 20 a więc mój start. Po odebraniu nadajnika GPS staje na starcie i z czteroma kolegami i jedną koleżanką ruszamy. Tempo fajne jedziemy po zmianach , jednak chyba jeszcze przed Wolinem zostaje jeden z kolegów z grupy . Z resztą grupy  jedziemy zgodnie i równo bez wysiłku . Zaraz przed Płotami na chwilkę się zatrzymuje za potrzebą i później szybko dojeżdżam do punktu . O godzinie 22:38 podbijam książeczkę i widząc że rowerzyści z grupy ruszają w trasę  szybko zbieram się do odjazdu. Dojeżdżając do skrętu  widzę że dwójka z mojej grupy pojechała na Szczecin. Dobrze że to noc i nie było ruchu a oni nie byli tak bardzo daleko – wydarłem się że źle jadą i później widziałem jak zawrócili i za Płotami dojechali do mnie i już razem goniliśmy pozostałą dwójkę. Ci chyba nie chcieli uciekać bo później widziałem że mają mocną nogę i jakby chcieli to by nas zostawili. Tak więc jeszcze przed Reskiem jedziemy jak wcześniej w piątkę. W Drawsku jesteśmy o 00:30 , zauważam że nie ma z nami koleżanki , ale dojeżdża grupka którzy startowali za nami. Ja uzupełniam bidony i ruszam powoli sam, później  już mnie doganiają i znowu razem. Tempo staje się coraz większe ale jeszcze daje jakoś rade. Przed Piłą troszkę zostaje ale w Pile nie jest jeszcze rozstawiony P.Ż. więc czekają a ja korzystam z okazji i melduje się na punkcie o 4:39.Od Piły jadę już z grupką i tak dojeżdżamy do Nakła gdzie o 07:09 podbijam książeczkę i znowu razem jedziemy do Solca gdzie w bramie wita mnie dawny kolega z maratonów Leszek Marchel. Podbicie książeczki o godz. 9:20 i późnie bardzo dobry posiłek i uzupełnienie płynów. Z Solca ruszamy mniejszą grupką , a reszta nas dogania . Później już coś mnie zatkało i po prostu zostałem.  Jadąc sam i pamiętając o punkcie Wagant który wiedziałem że jest przy Orlenie zastanowiłem się mijając właśnie Orlen i nic tam nie zauważyłem. Zadzwoniłem do Roberta zapytać o ten punkt. Powiedział mi szybko że na pewno trafię bo jest bardzo dobrze widoczny. Z taka nadzieją pojechałem dalej i faktycznie po lewej stronie widzę Orlen i P.K. Wagant na którym jestem o 12:17. Błyskawiczna obsługa i dalej znowu jadę sam. Po chwili zaczęło mnie strasznie „łamać” więc decyzja może być jedna- przystanek i trzeba poćwiczyć oko. Wystarczyła chwila może 10 minut i ruszam dalej. Po przejechaniu samotnie przez Włocławek  postanawiam zatrzymać się na stacji Orlen i spić jakąś 0 piankę. O dziwo chłopaki też tam się zatrzymali i pytają czy się wyspałem. Szybciutko kupiłem 2 butelki Łomży 0 jedną w gardło drugą w bidon i już jadę za grupką którą doganiam. Jednak po jakimś czasie stwierdzam że to jest za mocne tempo dla mnie i odpuszczam. O 16:35 dojeżdżam do Gąbina , tam pije kawkę i jem ciasteczka BelVita co dodaje mi troszkę siły na drogę do Łowicza. W Łowiczu melduje się o 18:23 i tu jest mój przepak . Zjadam pyszny rosołek z makaronem i idę się przebierać. Zapowiadają na noc deszcz, mi brakuje snu , myślałem o dojeździe do hotelu gdzie miałem zarezerwowany nocleg ale to miało być za Nowym Miastem a więc czekała mnie jeszcze jazda ok. 100km i to sam w niepewność czy będzie padało i to czy za godzinę czy dwie mnie porządnie nie złamie. Teraz myślę że jeśli byśmy z Piotrem jechali od początku we dwójkę to może byśmy się zdecydowali na taką jazdę – po prostu bezpieczniej. Rozmawiając z kolegą z obsługi punktu pytam czy jest gdzieś tu jakiś hotel by się przespać. Akurat kolegi siostra pracowała w takim domu noclegowym , zadzwonił i poinformował mnie że jest dla mnie pokój . Od razu dzwonie do Piotra i krótkie pytanie czekać na Ciebie i idziemy odpocząć i rano ruszamy dalej? Piotr krótko – tak. Obliczam ile mam czasu i widzę że ok. 3 godzin –  sporo więc jadę załatwiać temat hotelu. Po drodze widzę znajomy blok – tu mieszka moja kuzynka Ania , staje na przystanku i dzwonie Ania zaprasza mnie do domu , ja jednak muszę wpierw załatwić temat hotelu. Syn Ani Kamil idzie ze mną i załatwiamy sprawę później odwiedzam Anię która gości mnie kolacją a ja oczywiście musze spić piankę. Czas szybko mija więc już po chwili najedzony jadę na punkt kontrolny i czekam na Piotra który zjawia się przed 22. Czekam aż Piotr coś zje i załatwi temat przepaku i jedziemy do hotelu. Tam już krótka piłka – pianka,  prysznic i spanie. Budzimy się chyba ok. 4 i zaraz ruszamy w drogę. Na razie nie pada ale już za Łowiczem się zaczyna i tak będzie przez całą niedzielę- pada i jest zimno. Dojeżdżając do następnego PK w Nowym Mieście o godzinie 8:12 jesteśmy już cali mokrzy. Tu coś zjedliśmy i ruszamy dalej. W Starachowicach  byliśmy o 12:25 tu mamy przepak więc z niego korzystamy. Ja wymieniam wszystko łącznie z butami. To co jest najbardziej niezbędne nawet mokre zabieram ze sobą reszta w torbę i zostawiam na miejscu. Jemy pyszny obiad i ruszamy dalej. Do następnego PK w Opatowie docieramy cali mokrzy o 16:10. Deszczu mamy już dosyć , jest zimno i nie ma perspektyw na pogodę bezdeszczową. Prognozy mówią o przerwie w opadach dopiero następnego dnia wczesnym rankiem. Podejmujemy decyzję o przerwie. W nocy będzie jeszcze zimniej i można się załatwić na dobre.
Zaraz za Klimontowem w motelu ALA mamy nocleg. Idziemy na porządny obfity posiłek  , spijamy piankę , prysznic, rozwieszamy nasze ubrania mając nadzieje że choć troszkę przeschną i spanko. Budzimy się po 23 i jeszcze przed północą ruszamy w drogę. Praktycznie spaliśmy ok.2-3 godzin i to już wystarczy. Całe szczęście że już nie pada ale jest chłodno. W niecałe dwie godziny  dojeżdżamy do PK w Majdanie Królewskim, później też w podobnym czasie dojeżdżamy do PK w Sędziszowie . Zaraz za Sędziszowem  zaczyna się pierwszy poważny podjazd gdzie trzeba było troszkę się pomęczyć , ale nagrodą było P.K. w Brzozowie gdzie można było sobie dobrze podjeść a na deser Panie z koła gospodyń przyszykowały pyszne ciasta. Od Brzozowa powoli zaczynały  się podjazdy i oczywiście zjazdy i na jednym z nich zdarzyło mi się coś czego nie potrafię zrozumieć. Przy zrzucaniu na tylnej przerzutce zrobiły mi się na łańcuchu trzy pętle i tylko całe szczęście że nic nie próbowałem zrobić na siłę w czasie jazdy  tylko się zatrzymałem. Dobrze  że łańcuch mam łączony na spinkę i miałem jeszcze spinkę zapasową. Akurat przejeżdżał koło mnie kolega z Włocławka i wspólnymi siłami chociaż po dosyć długim czasie rozpięliśmy łańcuch i po ponownym prawidłowym założeniu spięliśmy nową spinką i mogłem kończyć maraton. Po  dojechaniu do P.K. w Ustrzykach dolnych spotykam Piotra który czekał na mnie i już razem jedziemy do mety na której meldujemy się po 14. Oczywiście spiliśmy z Piotrem piankę , zjedliśmy pyszny posiłek i poszliśmy do hotelu Górskiego gdzie mieliśmy zarezerwowany pokój. Prysznic i odpoczynek. Później zachodzimy jeszcze do Caryńskiej gdzie spotykamy znajomych, siadamy na piance z Marią i Witkiem , rozmawiamy o maratonie. Zbliża się wieczór coraz więcej ludzi zjeżdża na metę , rozpoczyna się zakończenie które przez szacunek dla tych co jeszcze są na trasie i kończą dystans powinno rozpocząć się na drugi dzień , po przyjeździe ostatniego zawodnika który jest największym zwycięzcą. My z Piotrem idziemy spać. Rano pakujemy swoje rzeczy zostawiając tylko te w których będziemy wracać do domku. Wszystkie torby przekazujemy do samochodu znajomych z Gryfic, również uczestników BBT Andrzeja i Kamila Misikonisów którzy właśnie już po zakończeniu zjechali na metę. Z żoną Andrzeja Agnieszką byliśmy umówieni że zabierze nam te nasze torby do Gryfic. Właśnie rano szykują się do wyjazdu i przekazujemy te nasze pakunki do auta a sami na rowerach jedziemy do Wołosate , tam spijamy piankę , rzucamy coś na ząb i wracamy do Ustrzyk. Do odjazdu naszego busa mamy troszkę czasu więc siadamy obok znajomych ze Świnoujścia Ewy, Janka, Stasia, coś tam jemy , spijamy pianeczki i o 16 żegnamy Ustrzyki i jedziemy do Przemyśla i tam o 19  mamy pociąg do Szczecina i dalej do domku.

Podsumowując – był to mój drugi  BBT i coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu że ostatni. Jak to kiedyś mówiłem to nie mój klimat. Lubię długie maratony i chętnie pojadę na Pierścień czy TDP . w 2016 roku na BBT zdecydowałem się dlatego że była to edycja jedyna z powrotem. Coś niepowtarzalnego. W tym roku pojechałem na prośbę Piotra, który chciał byśmy sobie pojechali razem, a organizator z wcześniejszej obietnicy wspólnej jazdy się wycofał. Moim zdaniem powrót do regulaminu wcześniejszego , ze startem w sobotę rano i bez dodatkowych klasyfikacji – tylko solo i open byłby dobrym rozwiązaniem. I najważniejsze – jeśli byłaby klasyfikacja z samochodem wsparcia to nie wrzucać do „jednego worka” tych co chcą jechać razem 2-3 osoby  / bezpieczeństwo / bez samochodu – normalnie z tymi co jadą z samochodem który wiezie rzeczy , jedzenie, picie i na dodatek nie muszą się zatrzymywać na punkcie by się podpisać.  Ale to tylko moje zdanie.

Udostępnij na: